Rząd Platformy Obywatelskiej na zlecenie Unii postanowił zafundować nam w 2011 roku kolejny spis powszechny. Spis ten ma jednak zdecydowanie różnić się od wszystkich poprzednich, zarówno pod względem metodyki zbierania danych, jak i zakresu gromadzonych informacji.
Otóż nasi nadzorcy uznali, że dotychczasowe metody są niedokładne i niewystarczające. Doszli do wniosku, że wykorzystają kilkadziesiąt już istniejących baz danych: ZUS-u, KRUS-u, NFZ-u, rejestrów gminnych, urzędów skarbowych itd. Co więcej, postanowili także wyciągnąć dane od przedsiębiorstw, takich jak zakłady energetyczne czy firmy telekomunikacyjne. Wszystko połączyć i zgromadzić w wielkiej superbazie, która oczywiście zostanie udostępniona ubernadzorcom zasiadającym w komisji europejskiej. “Po raz pierwszy państwo w takim zakresie wykorzystuje dane z państwowych rejestrów, a nie bezpośrednio od ludności” – ucieszył się Wiesław Łagodziński, rzecznik GUS.
Na tym nie koniec. Ekipa Tuska zapragnęła poznać najbardziej intymne szczegóły naszego życia: wyznanie, orientację seksualną, związki, plany prokreacyjne, stan zdrowia i źródła utrzymania. Po co panu Tuskowi i jego kolegom te dane? A po co unijnej biurokracji? No cóż, kto ma wiedzę, ten ma władzę, a w każdej wojnie lepiej o przeciwniku wiedzieć więcej, niż mniej. Ale w marcu popisowski rzecznik praw obywatelskich wystąpił do kancelarii premiera z prośbą o odniesienie się do owych “niepokojących informacji”. Zobaczymy, może otrzyma jakąś odpowiedź.
Unijno-rządowe wścibstwo można by jeszcze przeboleć, gdyby nie pewien drobny szczegół: wszystkie te dane mają być identyfikowalne, przypisane do imienia, nazwiska i adresu, a żeby uniknąć jakichkolwiek niejednoznaczności, opatrzone dodatkowo unikatowym kluczem – numerem PESEL. Niewykluczone, że prawdziwość podanych przez nas informacji będzie kontrolowana, a w przypadku stwierdzenia niezgodności zostaniemy ukarani grzywną bądź więzieniem. Nie da się ukryć – rząd PO to naprawdę zupełnie nowa jakość, bo czegoś takiego do tej pory jeszcze nie było.
GUS uważa, że ma prawo do przetwarzania tzw. danych wrażliwych. Powołuje się na ustawę o statystyce publicznej oraz art. 27 ustawy o ochronie danych osobowych, który co prawda w pierwszym ustępie stwierdza, że
Zabrania się przetwarzania danych ujawniających pochodzenie rasowe lub etniczne, poglądy polityczne, przekonania religijne lub filozoficzne, przynależność wyznaniową, partyjną lub związkową, jak również danych o stanie zdrowia, kodzie genetycznym, nałogach lub życiu seksualnym oraz danych dotyczących skazań, orzeczeń o ukaraniu i mandatów karnych, a także innych orzeczeń wydanych w postępowaniu sądowym lub administracyjnym.
Niestety, zaraz następuje długa lista wyjątków, m.in.:
Przetwarzanie danych, o których mowa w ust. 1, jest jednak dopuszczalne, jeżeli (…) przepis szczególny innej ustawy zezwala na przetwarzanie takich danych bez zgody osoby, której dane dotyczą, i stwarza pełne gwarancje ich ochrony
co, zdaniem GUS-u, daje mu prawo do gromadzenia i przetwarzania wszelkich danych na nasz temat.
Tak na marginesie, przetwarzać te dane mogą sobie także “kościoły i inne związki wyznaniowe, stowarzyszenia, fundacje lub inne niezarobkowe organizacje lub instytucje (…) pod warunkiem, że przetwarzanie danych dotyczy wyłącznie członków tych organizacji lub instytucji albo osób utrzymujących z nimi stałe kontakty w związku z ich działalnością (…)”. Warto to mieć na uwadze, gdy utrzymuje się kontakty z jakąś organizacją tego typu…
No cóż. Testy przeprowadzono już w Wielkiej Brytanii. Jak można było się spodziewać, obłąkane dążenie do sprawowania totalnej kontroli nad wszystkimi obywatelami każe teraz rządom pozostałych krajów należących do eksperymentu, w który przekształca się Unia Europejska, wprowadzać podobne rozwiązania. Szkoda, że PO, która jeszcze parę lat temu usta miała pełne frazesów o wolności, z taką gorliwością dąży obecnie do realizacji koncepcji totalitarnego nadpaństwa, którego funkcjonariusze, korzystając z technologicznego wsparcia zaprzyjaźnionych korporacji, będą mieć niemal absolutną wiedzę o każdym ze swoich poddanych.